piątek, 13 lutego 2015

Hola, me llamo Joanna y me gusta bailar.

Ostatnimi czasy sporo osób pyta mnie z zaciekawieniem o moje taneczne doświadczenie, czy raczej, o moją taneczną przeszłość. Jak powszechnie wiadomo, na chwilę obecną zajmuję się głównie tańcem orientalnym, jednak inne techniki wciąż mi towarzyszą w życiu codziennym i wciąż do nich wracam, jak nie pamięcią, to sercem. W pewien sposób rozumiem spostrzeżenia osób patrzących na moje występy i komentujących je jako: widać, że tańczyłaś inne techniki. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, nie zawsze bowiem dodatkowe techniki pomagają, często mieszają niezwykle, jednak zdecydowanie bogatsze doświadczenie taneczne pomaga i sprawia że stajemy się nie tylko bardziej tolerancyjni na inne gatunki, ale przede wszystkim kreatywniejsi i zdecydowanie bardziej świadomi własnego ciała. Z przyjemnością więc, wracam pamięcią do wszystkiego, co było związane z tańcem w moim prawie 23-letnim życiu, i z przyjemnością chciałabym się z tym Wami podzielić. Może uda mi się zainspirować kogoś do spróbowania swoich sił w czymś zupełnie odmiennym, od tego co do tej pory trenował, a może ktoś zupełnie "zielony" skusi się na spróbowanie własnych sił w tańcu po raz pierwszy w życiu. Wszelka aktywność fizyczna jest bardzo potrzebna, dlatego gorąco zachęcam, wszystkich bez wyjątku.

Aby mój post był przejrzysty i w miarę chronologiczny, postanowiłam podzielić go zgodnie z poszczegónymi etapami szkolnej edukacji, które wpływały na moje kolejne taneczne doświadczenia.


5 lat, to dla tańca wcale nie za mało, czyli PRZEDSZKOLE i PODSTAWÓWKA

Moje pierwsze wspomnienia związane z tańcem pamiętam jak przez mgłę, jednak wciąż pamiętam! Miałam bowiem nie więcej niż 5 lat gdy mama, której jestem wdzięczna za ten gest, wysłała mnie na pierwsze zajęcia. Był to taniec towarzyski, w znanym obecnie klubie Dżet Rzeszów-Boguchwała. Niestety był to rok 97, kiedy nie istniały jeszcze programy typu You Can Dance czy Taniec z Gwiazdami, więc problem związany z brakiem partnerów do tańca był zdecydowanie bardziej poważny niż obecnie. Grupa się nie utrzymała, odbyłam jedynie kilka zajęć i wróciłam smutna do domu. To jednak nie był definitywny koniec mojej przygody z tym tańcem...


Na szczęście za moich przedszkolnych czasów, istniało takie coś jak rytmika, na bardzo dobrym poziomie (z goryczą obserwuję teraz co się dzieje w tej kwestii i obawiam się o dzieciaki, które obecnie uczęszczają na te zajęcia). W wieku ok. 6 lat, zaczęłam więc poznawać tajniki tańca ludowego. Myślę, że nie ma nic wspanialszego dla dziecka jak właśnie taniec ludowy. Niesamowita radość, taniec w grupie, śpiew, nauka tradycji. To właśnie taniec ludowy dał mi ładną postawę i nauczył poprawnych obrotów. Wykształciłam niezbędne w tańcu poczucie rytmu oraz umiejętność przekazywania innym własnej energii. Stojąc bowiem zazwyczaj w pierwszej parze, nauczyłam się tańczyć w grupie i uśmiechać szeroko do publiczności, co sprawiało mi ogromną radość. Może jako dziecko nie doceniałam tego tak bardzo jak teraz, liczyło się raczej spędzanie czasu z koleżankami, czy liczenie ile razy chłopcy wykręcali nam ręce, jednak teraz z perspektywy czasu, jestem niezmiernie szczęśliwa, że miałam przyjemność poznać niektóre z tańców narodowych (przede wszystkim tańce rzeszowskie, Krakowiak, polka country czy Polonez). W tym miejscu składam wielkie podziękowania dla instruktorki Pani Agaty oraz dla naszego muzyka Pana T., którzy niezłomnie prowadzili naszą grupę przez ponad 6 lat, a i później, gdy skończyłam podstawówkę, zespół "Boguchwałki" prężnie działał i mam nadzieję, że działa do dziś... I oczywiście sentyment do mojego "ludowego partnera" ówczesnego Jasia (pozdrowienia!), z którym toczyłam zawzięte boje przez te wszystkie lata wspólnego tańcowania, "Oj, oj, oj, oj, oj, oj, ludzie moi mili..."



Czas podstawówki to jednak nie tylko taniec ludowy. Z inicjatywy naszej wspaniałej nauczycielki wychowania fizycznego (serdeczne pozdrowienia!), powstała grupa szkolnych cheerleader'ek! Oczywiście, ochoczo do niej przystąpiłam u schyłku klasy IV. Do ter pory pamiętam nasz pierwszy układ do utworu Jennifer Lopez i nasze biało niebieskie stroje, które w jakiś sposób nawiązywały do nazwy "Amazonki"! Szaleństwo. Może nie jest to moja ulubiona forma ruchu, dała mi jednak wiele jeśli chodzi o elastyczność ciała oraz partnerowanie. Z każdym bowiem rokiem, nasze układy były coraz lepsze i coraz bardziej obfitowały w figury akrobatyczno-gimnastyczne! I sam fakt, że zmieniając później szkołę, również kontynuowałam tam cheerleader'owanie na wszystkich możliwych rozgrywkach sportowych, chyba o czymś jednak świadczy! To były czasy... :)



Etap II - Złowieszcze GIMNAZJUM

W wieku 12 lat, jak przystało na wzorowego ucznia, zaczęłam uczęszczać do gimnazjum. Nowe miasto, nowe środowisko i nowe możliwości. Skupiłam się wtedy na nauce, jako że wymagania były olbrzymie, jednak jak już wspominałam, trenowałam wciąż w szkolnym zespole cheerleader'ek, bodajże o nazwie "Clik". Pamiętam również, że jeździłyśmy intensywnie na różnorodne konkursy międzyszkolne, z lepszymi bądź gorszymi skutkami. Wtedy też nabawiłam się pierwszej kontuzji, gdzieś w czasie robienia przewrotów prze bark czy stania na głowie. Na szczęście nie było to nic poważnego.



Za namowami, czy może inspirując się koleżankami z czasów podstawówki, wróciłam na taniec towarzyski! Miałam wielkie plany, pierwsze sukienki, obozy i mnóstwo treningów przez ponad rok. Niestety współpraca z ówczesnym partnerem nie okazała się najlepszą, czułam że ja się rozwijam, gdy on stoi w miejscu. Było to przykre uczucie, nie dające mi spokoju. Po debiutanckim turnieju, z lekką nostalgią, rzucając różową sukienkę z frędzlami w kąt, zrezygnowałam. Postanowiłam sobie, że jeśli wrócę do tańca, chcę jednak tańczyć przede wszystkim sama, żeby cała odpowiedzialność skupiała się tylko na mnie i tylko ode mnie była zależna. Mocne postanowienie, ale patrząc na taniec orientalny, który głównie trenuję solo, chyba się sprawdziło :) Czy żałuję zerwania kontaktu z tańcem towarzyskiem? Chyba jednak nie. Podziwiam wirujące na parkiecie pary, ale zdecydowanie nie jest to mój klimat. Co mi dał ten styl? Poprawę postawy, tak zwaną "łabędzią szyję", gdy z bólem ciągnęłam ramiona w dół wyobrażając sobie że mam na nich zawieszone ciężkie wiadra z wodą i... kontuzję w stopie, którą mam do dziś :) Poza tym kochałam rumbę, dziś chętnie wykorzystuję ją w oriencie. Zresztą ostatnio zdałam sobie sprawę, że zupełnie nieświadomie, każdy mój utwór do klasycznego orientu, zawiera w sobie fragment z rytmem rumby, przypadek? :)

A Aneszku, moja super frendzia z czasów gimanzjum (czas na trochę prywaty), wciąż drążyła i drążyła moją duszę, coś jakby psychiczne przygotowanie, namawiając bym przyszła na zajęcia jej zespołu Impet, który jak głosiła jego nazwa, był zespołem tanecznym form nowoczesnych. Niewiele mi to mówiło, wolałam zdecydowanie teatr, ociągałam się, bardzo długo, wręcz prawie 3 lata. Widocznie musiałam dojrzeć, tak to sobie teraz tłumaczę. Może to zmiana jaka we mnie zaszła pod koniec okresu gimnazjum (mowa tu o mojej gotyckiej metamorfozie \m/), a może po prostu czas liceum okazał się sprzyjającym. W końcu uległam, odważyłam się na przyjście na pierwszą próbę. I rozpoczął się kolejny etap...

Nie taka matura straszna, lepiej grać, tańczyć i śpiewać, czyli LICEUM

Do dziś pamiętam doskonale wspomianą pierwszą próbę. Weszłam nieśmiało do wielkiej sali gimnastycznej, usiadłam na ławce (nawet nie ściągając glanów!) i patrzyłam. Patrzyłam, patrzyłam, patrzyłam i coś zaczęło się we mnie zmieniać, coś otwierać. Byłam oczarowana, to był mój pierwszy bezpośredni kontakt z techniką tańca współczesnego. Moje ciało nie było na to zupełnie gotowe. Zupełnie brakowało mi kontroli nad poszczególnymi partiami ciała, zaczęłam odkrywać w sobie mięśnie o jakich nie miałam pojęcia! Pierwsze miesiące były niezwykle trudne, ale nie poddawałam się. Ćwiczyłam na sali, ćwiczyłam w domu. Swoboda interpretacji oraz nieograniczone możliwości w wyborze muzyki. No i silna teatralność każdego z układów. To mi się podobało! I ta przygoda z Impetem, z moim drugim domem, trwała przez 3 lata, cudowne 3 lata, których nigdy nie zapomnę. Miliony godzin spędzonych na sali, tysiące uśmiechów, nowe znajomości na całe życie, słowem - druga rodzina! I wiecie, mimo, że minęly już 4 lata, i każda z nas mieszka gdzie indziej i zajmuje się czym innym, do dziś trzymamy się razem i nawet odtwarzamy dawne choreografie! (Zapraszamy na Jubileusz w marcu!). Stąd chciałabym złożyć ogromne podziękowania dla naszej cudownej Pani Choreograf, dla Beni, naszej drugiej mamy, która tak wiele dla nas zrobiła, dla wszystkich! I nie ważne czy każda z nas dalej tańczy czy nie. Wciąż mamy nasze wspomnienia, a takich rzeczy się nie zapomina.



Dzięki byciu częścią Impet'u poznalam również moją kolejną wielką, i jeszcze nie do końca spełnioną taneczną miłość - tango argentyńskie! Bowiem współpracując z Domem Kultury ze Słowacji oraz tancerzem tango, niezapomnianym Panem L., wspólnymi siłami stworzyliśmy spektakl taneczno-teatralny, oparty na tango oraz na technice tańca współczesnego. Niezapomniane przeżycie, ogrom ciężkiej pracy, nie godziny a dni spędzone na sali i sporo poświęceń (wszak matura patrzyła z daleka złowieszczym wzrokiem...). Ale było warto. A tango..., cóż. Ono dosłownie wszczepia się w serce, dogłębnie i na zawsze. Kiedyś jeszcze do niego powrócę, jestem pewna! Argentyna przecież czeka... :)

Jak widać, okres licealny był bardzo owocny tanecznie, jednak prawda jest taka, że przede wszystkim interesowałam się teatrem. Tak, bycie wielką aktorką, również kiedyś przeszło mi przez naiwny móżdżek (ale o tym może kiedy indziej napiszę osobnego posta :). Nie mniej jednak, będąc już wspomnianym "gotem", interesowałam się nie tylko ciężką muzyką i średniowieczną architekturą. Ciągnęło mnie również w stronę orientu, jak na prawdziwego romantyka przystało :) Nie pamiętam dokładnie jak to się stało, ale buszując w internecie, natknęłam się kiedyś na filmik z występu Rachel Brice... (Tak, paradoksalnie od tribal'u do orientu). Oczywiście nie miałam pojęcia że to tak zwany tribal fusion, zresztą nie wiedziałam nawet co to taniec brzucha. Nie mniej jednak, cała moja przygoda zaczęła się właśnie od tego jednego, bardzo zresztą popularnego filmiku, który odsłonił mi tak zwane klapki na oczach. Wpadłam, wpadłam po uszy, bo brzuch, po serce. Była to chyba druga klasa liceum, kiedy ja, niczym obłąkana spędzałam godziny na oglądaniu kolejnych filmików. Niestety, nie było wtedy na Podkarpaciu żadnych zajęć z "tańca brzucha", więc pozostawało mi jedynie ślepe małpowanie tancerek z youtuba, oczywiście z marnym skutkiem. Ale nie poddawałam się, a jak! I jakoś rok później, z odrobiną szczęścia trafiłam na pierwsze zajęcia, do szkoły, która notabene już w Rzeszowie nie istnieje, ale grupa działa dalej i ma się całkiem nieźle (pozdrowienia dla Roksany i całego zespołu Gussel! :*).

No i cóż... zakochałam się, nie ma co ukrywać, mimo że wcale wtedy nie sądziłam, że będę kontynuować taniec orientalny tak dlugo, a może i zawsze? Traktowałam to raczej jako miłą formę spędzania czasu, coś nowego, odskocznia od maturalnych zmartwień. Wciąż jednak wiązałam swoje plany z teatrem, przede wszystkim z teatrem. Teraz jednak cieszę się, że wyszło jak wyszło. Pierwszy pokaz bellydance, pierwszy obóz, no i przyszedł czas na studia! Nowe miasto, nowi ludzie, nowe możliwości. Dzięki cudownym wskazówkom i kopniakowi słownemu, który bardzo mnie zmobilizował do dalszej pracy (dziękuję Rozalia!) trafiłam pod skrzydła najcudowniejszej orientalnej matki jaką można znać. Znów poczułam się jak w rodzinie, jak w drugim domu, co jest niezwykle ważne. Dziękuję Iwonka! I cóż, to już 4 lata a ja wciąż jestem zafascynowana tym tańcem i chyba nigdy nie przestanę. Ale o tym mogłabym pisać i pisać i pisać. Kiedyś przyjdzie czas na szczegóły, póki co przygoda trwa, a to przecież dopiero początek...


Hola, me llamo Joanna y me gusta bailar, czyli studenckie tańce i swawole.

Studia, moje iberystyczne studia, zachęciły mnie również do spróbowania swoich sił we Flamenco! Czy jeśli napiszę, że to moja kolejna miłość, wyjdę na taneczną poligamistkę? Jak widzicie, zdążyłam zakosztować sporo rożnych technik, ale Flamenco... to jest dopiero coś! Nie tylko piekielnie trudna technika, nie tylko niesamowita koordynacja, stepowanie, wyczucie rytmu... to przede wszystkim pasja, to emocje, to zalana słońcem piękna Andaluzja, pełna łez cierpienia i wzruszeń. Kocham Flamenco za walkę, jaką tancerka toczy na scenie, za to jak oddaje się za każdy razem muzyce, i ukazuje swoje wszystkie emocje. Zresztą, zawsze ciągnęło mnie do tańców charakterystycznych i... do piękna folkloru. Dziękuję dobrej duszy, która wciąż pomaga mi, trenuje mnie i wierzy chyba bardziej niż ja sama, że kiedyś zatańczę ładnie Flamenco.



A od Flamenco i od tańca orientalnego już niedaleko do ATSu! American Tribal Style i przygoda z zespołem Lucabra, to kolejny rozdział, mam nadzieję, że jeszcze nie zamknięty rozdział. Ten taniec cenię przede wszystkim za grupową współpracę, za więzi jakie łączą tancerzy, za klimat, wspólną radość i oczywiście piękne stroje. Uwielbiam improwizować, ale improwizacja w grupie jest jeszcze bardziej zachwycająca!



I jeszcze jeden, bardzo ważny epizod. Gorąca salsa, bachata i odkryta dopiero na studiach kizomba! Jak część wie, miałam przyjemność pomieszkać sobie przez kilka miesięcy w gorącej Portugalii. Nie ukrywam, że po cichu liczyłam na kontakt z tamtejszymi tancerkami orientalnymi, niestety okazało się, że belly dance jest tam zdecydowanie mniej popularny niż chociażby w Polsce. Zresztą i ja mieszkałam w malutkiej, uroczej i turystycznej miejscowości nad oceanem, gdzie zdecydowana większość preferowała ruszać się w rytm tańców latino czy też mojej ukochanej afrykańskiej kizomby. Przez kilka miesięcy uczęszczałam na zajęcia z salsy a później bachaty i kizomby, i wiem że żaden taniec w parach nie sprawia aż tyle radości. To trzeba po prostu poczuć, głęboko w żyłach, jak muzyka płynie i płynie i płynie. A taniec, chociażby bardzo monotonny i zupełnie nie spektakularny z rodowitym Angolańczykiem w rytm kizomby, jest doświadczeniem na całe życie. Oni się z tym rodzą, po prostu. To faktycznie płynie w ich krwi. Niesamowite. Szkoda tylko, że w Polsce nie można uczyć się od takich "naturalnych mistrzów", szkoda. Bo niestety, ale nawet najbardziej oszałamiająca technika i choreografia to zdecydowanie nie wszystko.

W tym roku powróciłam również do tak zwanego parteru. Praca nas siłą, nad kondycją, nad świadomością własnego ciała, czyli po prostu współczesny, który szanować będę zawsze. Bo chyba nie ma innej techniki która, aż tak bardzo uświadamia nam funkcjonowanie naszego własnego ciała.


I kiedy ktoś pyta mnie, która z technik podoba mi się najbardziej, szczerze nie potrafię udzielić poprawnej odpowiedzi. Uważam bowiem, że każda ma coś, czego nie ma inna i mieć nigdy nie będzie. Nic nie jest perfekcyjne, każdy ma swojego konika, ja staram się uzupełniać to czego brakuje mi w jendym, lub przeszkadza, w czymś innym. Jednak zaznaczam, że nie zawsze jest to dobre. Z każdej techniki zostaje bowiem coś takiego jak "nawyki", z czym bardzo ciężko walczyć. Nie mniej jednak, uważam że lepiej tańczyć, dużo tańczyć i poznawać własne możliwości, niż nie robić nic. Wiem, że to tylko słowa, pewnie mało znaczące i brzmiące dość naiwnie, ale zapewniam z całego serducha, że coś w tym jest, coś w tym kurcze jest! Więc do tańca, wszyscy, raz dwa!




wtorek, 1 października 2013

Romance com golfinhos!


Todo o mundo tem as suas próprias loucars por isso quero partilhar com voces o meu grande fascínio - GOLFINHOS! 

Cóż... każdy człowiek, i ten duży i ten mały, ma swoje manie, fascynacje, uzależnienia, zwał jak zwał, w obliczu których wszystko traci na swojej powadze i szeroko rozumianej "normalności". W związku z czym wpis ten należy traktować z przymrużeniem oka, na pewno bez jakiegokolwiek udziału rozumu i rozskądku, bowiem pragnę przedstawić Wam jedynie moją wielką fascynację, jaką stały się... DELFINY. *.*

Zapraszam do fotorelacji ze wszystkich spotkań, jakie udało mi się "odbyć" z tymi stworzeniami na Półwyspie Iberyjskim (i nie tylko), a które to ostatecznie doprowadzily do kulminacji mojego szczęścia, która miała miejsce podczas ostatecznego kontaktu z nimi "mordką w twarz" (niestety bez percepcji dotykowej, która kosztowałaby około 130 euro Y_Y). Cóż, wszystko jeszcze przed nami, póki co podziwiajcie bo zaiście piękne to istoty!

Aproveitam! 



Zaczęło się całkiem niewinnie...

A Xana cheia de lágrimas, mas mentalmente preparada para visitar Portugal e para mostrar a Joana os golfinhos vivos.




Pierwszy portugalski delfin zdobyty!

O primeiro golhfinho encontrado (por acaso!) em Lisboa.



Cóż za niespodzianka! Joanna obdarowana urodzinowymi prezentami od Guza, który wie, co tygryski lubią najbardziej.

Presentes perfeitos para o melhor aniversário!



Delfiny w Hiszpanii?! Co tam Alhambra...

No caminho de Granada também se encontra golfinhos...


Cóż. Chyba nie tylko ja mam problemy z delfinami... kataloński Salvador Dali też coś wie na ten temat! I teraz już nie wiem czy bardziej zależało mi na zdjęciu z jego obliczem czy też z delfinem.

Museu de Dali, Barcelona e golfinho na cabeça de mestre do surrelismo. Tudo está claro...



ALGARVE !!!

Raj portugalskich delfinów, bez wątpienia!


I wielkopomna chwila, Joanna w morskim zoo! Wszelki komentarz zbędnym. Popatrzcie sami! *.*

Albufeira, casa dos golfinhos. Obrigada Gonço! Foi o dia inesquecível... já quero voltar!









Cóż... nie pozostaje mi nic innego jak podziękować za uwagę i życzyć spokojnej nocy. Ñiech delfiny skaczą i śpiewają w Waszych snach!!! 
      

Os golfinhos, de outra forma, mas ainda e sempre comigo!

Beijos, abraços e muitos palhaços de Lublin! 






<3

piątek, 26 lipca 2013

Fernando Pessoa


PENSAMENTO

"A maioria pensa com a sensabilidade, eu sinto com o pensamento. Para o homem vulgar, sentir é viver e pensar é saber viver. Para mim, pensar é viver e sentir não é mais que o alimento de pensar."

Livro do Desassossego


aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa


MYŚLENIE

Większość myśli wrażliwością, ja czuję myśleniem. Dla zwykłego człowieka, czuć znaczy żyć a myśleć znaczy wiedzieć jak żyć. Dla mnie, myślenie to życie a czucie to nic innego jak pożywienie myślenia.

Maille



Zapraszam do refleksji myśli i "myślenia" człowieka, którego chyba nikomu przedstawiać nie trzeba.



środa, 26 czerwca 2013

Sagres


"Quando morrer, voltarei para buscar os instantes que não vivi 

junto do mar." 




Sophia de Mello Breyner Andresen





"Kiedy...umrę...,powrócę...aby...odszukać...te...chwile...podczas...których...nie...żyłem...blisko...morza"

niedziela, 16 czerwca 2013

Luz Indecisa

"Bailarina
Uma noite, durante o salto, apercebeu-se de que
os braços dele não estavam lá."

José Mário Silva


Tancerka
Pewnej nocy, podczas skoku, zdała sobie sprawę z tego,
iż jego ramion tam nie było.




środa, 3 kwietnia 2013

Zdarza się... Antonio Murteira


Dzisiejszej nocy,
pachnącej tutaj już wczesnym latem, zapraszam na krotkie spotkanie z António Murteira. Współczesny poeta portugalski, urodzony w Alentejo, zaangażowany w Rewolucję Kwietniową z 25 kwietnia 1974 roku.

Dopiero rozpoczęłam proces powolnego zagłębianiea się w jego tomik zatutułowany "azul e branco e ocre", jednakże korzystając z wolengo wieczoru, na dobry początek serwuję kilka jego słów i oczywiście moje machinane polskie tłumaczenie.
Spokojnej nocy!


ACONTECE

percorri os bares
bebendo a tua ausência
o sabor agreste do teu corpo

acontece

Luanda, 1996
ZDARZA SIĘ

przetrząsnąlem bary
pijąc twoją samotność
rustykalny zapach twojego ciała

zdarza się

Maille

piątek, 29 marca 2013

memória da boca

W dzień pełen refleksji, zostawiam Was z kolejnym fragmentem tomiku perfeição dos simples ARMINDO MAGALHÂES oraz z moim polskim tłumaczeniem wiersza, do którego wciąż powracam. Być może tylko przez jego jeden, a właściwie trzy wersy. Trzy wersy, sześć słów. Proste w formie a jak bogate w treści. Treści, która burzy spokój. Spokój pamięci. Pamięci ust. Naszych ust.


memória da boca 
pamięć ust
1. escrevo-me perante a noite
rebusco as tuas mãos nas minhas  

1. piszę do siebie w ciągu nocy
odszukuję twoich dłoni w moich
e há ainda a distancia do mar
que teimosamente separa
o nosso desejo
onde navegam as caravelas 
i wciąż jest ten dystans morza
który uparcie rozdziela
nasze pożądanie
gdzie żeglują karawele

2. rememoro o silencio
dos teu murmúrios
wspominam ciszę
twoich szeptów
esqueço-me nesta casa
sem nome e sem sombras
zapominam się w tym domu
bez nazwy i bez cieni
3. o túnel percorre
as minhas veias
tunel przebiega przez
moje żyły
ilumino a escuridão
com a alegria de ver
a luz ao fundo
oświecam tą ciemność
z radością ujrzenia
światła na jego końcu

estou só
eu e o beijo
o teu corpo
perdeu-se
no bilhete
jestem sam
ja i pocałunek
twoje ciało
zostało stracone
w bilecie
4. magoei-me no silencio
e na solidão das madrugadas
zraniłem się w ciszy
i w samotności poranków
5. e havia no deserto
da intolerancia
um homem profundamente
abandonado
i był na pustynia
nietolerancji
człowiek głęboko
opuszczony
havia um outro deserto
habitado por pássaros verdes
była inna pustynia
zamieszkana przez zielone ptaki
e um homem persistia só
sem dó e sem medo
i przez samotnego człowieka który trwał
bez żalu i bez strachu
escreveu um verso
com o coração
napisał wers
ze swojego serca
fora a sua derradeira
tentação
pouco depois morreu
ze swojej ostatecznej
pokusy
chwilę później zmarł
no deserto havia ossadas
dos seus lamentos e desejos
na putyni były kości
jego żalu i pragnień
6. havia ainda a memória
de uma flor sem nome
i była jeszcze pamięć
kwiatu bez nazwy
havia tudo
e mais alguma coisa
było wszystko
i coś jeszcze
pedes-me agora a memória
da boca
respondo-te com lágrimas
de espanto
prosisz mnie teraz o 
pamięć ust
odpowiadam Ci 
ze łzami zdziwienia
e não há água
que nos purifique
do nosso primeiro 
pecado
das nossas primeiras 
caravelas sem país
sem destino
i nie ma wody
która by nas oczyściła
z naszego pierwszego
grzechu
z naszych pierwszych
karawel bez kraju
i bez miejsca przeznaczenia


maille


sobota, 16 marca 2013

estranho rumor - regressas


Z bólem serce rozstaję się chwilowo z cudowną Natalią, która notabene, obchodzi dziś 20 rocznicę swojej śmierci.


Zostawiam Was dziś jednak ze słowami nie mniej wartościowymi, które burzą spokój w żyłach i sercach.

ARMINDO MAGALHÂES















estranho rumor

1. tranquilo
acordo o teu corpo
enquanto chove

sem demora
regressas a estes dias
cheios de loucura branca

e nós bem sabemos
que nada dura se não houver
o amor das árvores

onde está o nosso

ali dizes
debaixo dos nossos olhos

2. sinto estranho rumor
pertubar-me o siléncio
meigo dos olhos

enquanto a noite passa
aflita
atrás do sol antigo

sinto estranho rumor
no peito
quando me dizes
o mar é medonho

mas pode ser nosso

3. és o grito da desordem
que me comove

essa boca humedecida
da tentação pelas noites
nuas e despertas

és o mar maldito
que toca a areia do siléncio
com branda doçura
como que morrendo
de fascínio

és

4. por fim
o meu ódio é humilde
não abunda
todavia é intenso
enquanto dura
o motivo

asseguro-te
que o meu ódio
é um sepulcro
e nada mais

regressas

***************************************************************************************

środa, 13 marca 2013

Autoportret Natalii Correia

Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak bardzo zachwycałam się nad nowo odkrytą poezją.
Być może to jedynie pierwsze wrażenia, które często bywaja mylne i naiwne. A może mój obecny stan ducha, tak wewnętrznie pogmatwany, zgrabnie wpasowuje się w klimat portugalskiej poezji, przesączonej obecnością morza, wpływem natury i tęsknotą, przybierającą najdziwniejsze postaci. Nie chcę mówić zbyt dużo, nie chcę się również zastanawiać i tlumaczyć, dlaczego wciąż tu powracam. Zostawiam Was jedynie z dzisiejszym odkryciem, które dogłębnie analizuję i przestać nie potrafię.

Czekajcie na ciepło, jakie powoli, wyłania się z portugalskich chmur. Łapię jego piersze promienie i Wam przesylam:

Auto-retrato

Espáduas brancas palpitantes:
asas no exilio dum corpo.
Os braços calhas cintilantes 
para o comboio da alma.
E os olhos emigrantes
no navio da pálpebra
encalhado em renúncia ou cobardia.
Por vezes fêmea. Por vezes monja.
Conforme a noite. Conforme o dia.
Molusco. Esponja
embebida num filtro de magia.
Aranha de ouro
presa na teia dos seus ardis.
E aos pés um coração de louça
quebrado em jogos infantis.

Natália Correia

[ 13 de Setembro de 1923 — Lisboaç 16 de Março de 1993 ]

I moje szybki i niedbałe tłumaczenie, które wkrótce postaram się udoskonalić, nadając odpowiedni sens, rytm i zaczenie (wszelki sugestie i korekty mile widzane):

AUTOPORTRET
Drżące białe ramiona
skrzydłami na wygnaniu z ciała.
Te ramiona jak lśniące szyny
drogą dla pociągu duszy.
I oczy niczym emigranci
w okręcie swej powieki
samotnego w rozczarowaniu lub tchórzostwie.
Chwilami samica. Chwilami zakonnica.
Jak noc. Jak dzień.
Jak mięczak. Jak gąbka
nasączona filtrem magii.
Pająk ze złota
uwięziony w sieci swoich własnych podstępów.
A u stóp szaleńcze serce
przez infantylne zabawy złamane.

[Maille]

wtorek, 10 lipca 2012

"Nawet artysta przeżywa ciężkie chwile, kiedy widzi rozebraną kobietę"

...czyli wszystko się zmienia od męskiego punktu widzenia!

Powracam tutaj. Niepewnie lecz z pełną satysfakcją. Chociaż początkowo blog ten w głównej mierze służyć miał jako pośrednia pomoc w nauce do matury z historii sztuki, tak teraz sądzę, że może jeszcze bardziej zyskać na wadze i znaczeniu i być otwartym nie tylko dla mnie. W końcu mam w sobie teraz tyle inspiracji, że potrzebują dawać jej upust nie tylko w formie taneczno-wirującej. Nie jestem pewna czy to wpływ upalnej pogody zmusza mnie do chowania się nie tylko pod dachem ale również w samej sobie, co raczej bardziej otwiera mnie niż zamyka. Bez wątpienia jednak zaglądanie w głąb siebie pozwala więcej widzieć i czuć.

Myślałam o temacie przewodnim na miły początek miłej reaktywacji.
Długo jednak czekać nie musiałam, bodziec sam do mnie przyszedł. Będzie nim dziś krótkie rozważanie na temat jednego z najbardziej słynnych obrazów nie tylko hiszpańskich, ale ogólnie europejskich. Któż bowiem nie zna wielkiego Goyi i jego ubranej i rozebranej Mai? Zainspirowałam się napomnieniem o tym właśnie dziele w książce którą obecnie wałkuję głównie podczas podróży, małych i dużych. "Hiszpański smyczek" Andromedy Romano-Lax obfituje bowiem w najróżniejsze refleksje oscylujące wokół szeroko pojętego tematu rzeka, czyli sztuki. Muzyka przelewa się przez najróżniejsze zagadnienia definiując życie jako sztukę samą w sobie. Nie o książce chciałam jednak tutaj pisać... (zbyt łatwo jest mi zboczyć z zamierzonego tematu...).

Rozbawiło mnie bardzo trafne spostrzeżenie, które wysnuł pewien bohater powieści jakoby twarz modelki na obu obrazach znacznie się różniła a jako główny powód podaje fakt, że modelka jest naga a chcąc nie chcąc twórcą obrazu jest mężczyzna... Przyjrzyjmy się zatem lepiej dwóm dziełom.





Bez wątpienia twarz modelki, którą prawdopodobnie była księżna Alby, Marii Teresy Cayetany (ciekawostka, że książka "Hiszpański smyczek" uważa to za pewnik), jest znacznie wyraźniejsza, malowana z większym pietyzmem i dokładnością. Chociaż ciało jest pięknie podkreślone modnym strojem to jednak wyraźne rumieńce i ciemne oczy przyciągają wzrok oglądającego. "Maja ubrana" zdecydowanie kusi wzrokiem. A co z naszą nagą modelką? Twarz wydaje się o wiele mniej kształtną, śmiem twierdzić iż jest płaska i pożółkła, nasz wzrok zatem przede wszystkim wędruje na ciało modelki, które bez wątpienia góruje nad całością obrazu. Nagi tors księżnej odbija jasne światło a sama kusząca poza sprawia, że nie sposób nie zatrzymać na niej dłużej swojego wzroku.

Czy więc można zgodzić się z autorką, która pisze: "Nawet artysta przeżywa ciężkie chwile, kiedy widzi rozebraną kobietę"?


Nie chciałabym, żeby zabrzmiało to szowinistycznie tudzież niesprawiedliwe, aczkolwiek faktycznie może coś w tym jest. Zabawne, że nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na tak znaczną różnicę w przedstawieniu twarzy. Może to znak, że też mam w sobie nazbyt dużo testosteronu...? A może po prostu mimo, że jestem kobietą, odczułam zbyt dużą dawkę empatii i zrozumienia względem zamiarów malarza. A może to tylko przypadek, chwila, impresja, że twarz nagiej kobiety jest tak niedbała i nie ma sensu się nad tym rozwodzić.
Nie mniej jednak... pozostawiam Was z chwilą refleksji.

***
Na koniec hiszpańsko-językowa ciekawostka, bo nie byłabym sobą, gdybym o niej nie wspomniała.

Polski tytuł obrazu "Maja ubrana" / "Maja naga" nie do końca oznacza to samo co jego oryginalna wersja, czyli "La maia desnuda". Bowiem hiszpańskim odpowiednikiem imienia Maja wcale nie jest... Maja. Słowo majo/maja tłumaczyć można jako ładny/przystojny/sympatyczny, kolokwialnie fajny. W tym przypadku odpowiednim tłumaczeniem byłaby po prostu ślicznotka. Znalazłam informację iż słowem maja określa się również piękną młodą kobietę, modnie ubraną, pochodzącą najczęściej z nizin społecznych. Taaaaak, zatem ślicznotka tudzież "polska super laska" wydaje się brzmieć odpowiednio...
Słówko majá, z kochanym akcentem, oznacza zaś typ niejadowitego węża o żółtawym kolorze. Hmmm...
Zainteresował mnie także sam czasownik MAJAR który oznacza tyle co kruszyć, tłoczyć, miażdżyć i więcej ma on wspólnego z tłuczkiem niż imieniem Maja. Skąd więc u nas takie tłumaczenie? Tak, uwielbiam to. Jako przyszły, niedoszły tłumacz, uwielbiam.

Bez sarkazmu, czekając na kolejne przypływy inspiracji,
pozdrawiam!

Maille
...na którą można dziś wołać maja !

niedziela, 13 marca 2011

TOP 5 wśród greckich rzeźb starożytności

Za dużo dziś wyrzuciłam z siebie słów dlatego obawiam się, że ich pula się powoli wyczerpuje. Nie wiem ile będzie mi ich jeszcze dziś potrzeba, więc kierując się maksymą "przezorny zawsze ubezpieczony", zamieszczam jedynie ranking moich TOP 5 wśród greckich rzeźb starożytności (co jednak nie było łatwym zadaniem...). Enjoy!

Miejsce 5  
Pijana kobieta


Miejsce 4
Nike z Samotraki



Miejsce 3 

Faun Barberini


Miejsce 2

Skopas - Bahantlka



Miejsce 1 !!!
Lizyp - Silenus i Dionizos

wtorek, 8 marca 2011

Idealny prezent na dzień kobiet, czyli 'anielski' Dawid.

Witajcie!

Dzisiejszy post w całości dedykowany jest trzem osobniczą płci pięknej (tak z okazji dnia kobiet), a mianowicie: Zuuu, Oliw i Oli, które to każdego tygodnia spędzają ze mną (co niekiedy graniczy z cudem) ponad cztery godziny jakże absorbujących wykładów z historii sztuki. Co można łatwo przez to rozumieć, towarzyszą mi przy wspólnych zachwytach, wykrzykach i okrzykach różnej treści i różnego zabarwienia, a także wspólnie nie dowierzają, szturchają i ziewają podczas mniej ciekawych momentów. No chyba, że w grę wchodzi twórczość np. Camille Claudel czy Augustina Rodin'a - wtedy o jakimkolwiek ziewaniu nie ma mowy. Podobnie było i dziś, chociaż nie przez cały czas. Inspiracją bowiem do napisania owej notki była wszystkim doskonale znana rzeźba, która to wywołała dziś tak wielkie poruszenie wśród żeńskiej części słuchaczek.

 Przedstawiam Wam zatem wielkiego i pięknego Dawida! Prosto spod dłuta idealnej i jakże utalentowanej ręki, należącej do nikogo innego jak Michała Anioła Buonarroti'ego, czyli wielkiego renesansowego rzeźbiarza, który przez wielu miłośników sztuki uważany jest za najzdolniejszego w jej całokształcie.
O kim, a raczej o czym była mowa, nie pozostawiało wątpliwości już w kilka sekund po tym jak "tył" Dawida pojawił się na ścianie. Można było usłyszeć bowiem zduszony nieco dźwięk, jaki wydało bolące gardło Oliw. Coś na wzór: "ucghmm" czy może "łoooghmmm", ciężko jednoznacznie stwierdzić... w każdym bądź razie był to odgłos wyrażający pełną aprobatę i podziw dla ogólnej aparycji wyrzeźbionej postaci. Zaraz też Zuuu niezgrabnie wyrwało się, iż rzeźba ta ma niezwykle piękne i jędrne pośladki, którymi zaczęła zachwycać się cała reszta żeńskiej publiczności. Później nastąpił czas na kolejne gradobicie achów, uchów, echów i pojękiwań, które jednak zgrabnie trzymane były na wodzy kontroli, w celu zachowania pozornej kultury bycia w społeczeństwie.




Nie ma się co jednak dziwić... sami przypatrzcie się bliżej detalom owej rzeźby, która uważana jest za rzeźbę wprost idealną!




Tematem jej jest Dawid, czyli postać biblijna, człowiek, który pokonał goliata. Mistrz uchwycił moment, w którym Dawid gotuje się do walki. Rzeźba ma ponad 5 m wysokości i jest wykonana z marmuru. Tworzona była mniej więcej przez 3 lata (ok. 1501-1504 roku) na zamówienie do katedry florenckiej. Do 1873 roku stała przy wejściu do starego pałacu na placu della signoria, symbolizują wolność zdobytą przez mieszkańców miasta i gotowość do jego obrony. Po owym roku została przeniesiona do galerii  dell'accademia. Kopię Dawida możemy podziwiać tam do dziś.

Niestety nie udało mi się znaleźć pożądanego ujęcia rzeźby, a mianowicie "od tyłu" (nawet wpisywanie tego w google nic nie dało...), jednakże mam nadzieję, że sam przód was wystarczająco zadowoli. Chociaż wiem Zuuu i rozumiem, jak bardzo jesteś rozczarowana faktem, iż jest TAM tak niewiele... Ale cóż, takie czasy! Takie czasy.

I na koniec, ostateczne, zbiorowe i jakże emocjonalne wyładowanie w moim zeszycie.
I przy tej sposobności myślę, że jeszcze warto zwrócić uwagę na kardynała Giovanni'ego Michiel'a, który w widoczny i bezdyskusyjny sposób, martwy ogląda TV.




Dobrej nocy! Niech 'idealny' Dawid będzie w Was ;*

niedziela, 6 marca 2011

Wyrafinowany artyzm za Króla Minosa, czyli kilka słów o Sztuce Egejskiej.

Chciałabym się zatrzymać dziś na moment przy Sztuce Egejskiej, która na tle całego starożytnego dziedzictwa sztuki robi na mnie baaardzo pozytywne wrażenie. Poza tym obawiam się, że nie jest nam tak dobrze znana jak np. sztuka starożytnych Greków czy Rzymian, która wałkowana i przerabiana jest wielokrotnie już od czasów podstawówki.

Sztuka Egejska to w pewnym sensie podstawa sztuki dla późniejszego Rzymu. Jest ona jednak całkowicie inna od dorobku rodzimych Rzymian. Wszystko oczywiście ma swoje źródło w otoczeniu w jakim  się rozwijała. Ciepłe morza, bogata morska fauna i flora, piękne greckie wyspy i mnóstwo mitologicznych historyjek i ciekawostek, chociażby związanych z królem Minosem i słynnym labiryntem w pałacu w Knossos.
Sztuka owa, dzieląca się na minojską i mykeńską, jest niezwykle elegancja, wyrafinowana, pełna dobrego smaku, taktu i wyczucia. Nic nie jest przesadzone, ale jednocześnie  każdy jej element jest bardzo efektowny i wyważony. Często, by ją lepiej zdefiniować, używa się określenie "sztuka dworska", co muszę przyznać bardzo przypadło mi do gustu. Zresztą sami popatrzmy na kilka najbardziej znanych fresków i malowideł właśnie z owego pałacu królewskiego w Knossos:

Książę wśród lilii

Fresk egejski z domu kapłanek




















Zawsze patrząc na te malowidła zachwycam się oryginalnością strojów, fryzur i ogólnym kształtem i wyglądem twarzy, który jest bardzo etniczny i taki... inny od europejskiego typu urody, czyż nie? Poza tym typowe elementy roślinne i zwierzęce przetworzone w iście syntetyczny sposób, również przyciągają uwagę.


Damy w loży


Bogini z wężami





Malowidła jednak malowidłami, ale tym co najbardziej urzeka mnie w sztuce egejskiej są niezwykle oryginalne i jakże ponadczasowe figurki kobiece. Każda z nich prócz specyficznej urody, posiada bowiem piękny dworski strój, który składa się z długiej, szerokiej spódnicy oraz obcisłego kaftanku (coś na wzór naszego dzisiejszego underbust'u ^^). Wykonywane z gliny, fajansu, bądź kości słoniowej i pięknie polichromowane. Ach, chętnie ozdobiłabym nimi swój pokój.







I na koniec, oryginalne egejskie wazy, typu morskiego, z popularnym i często stosowanym motywem ośmiornicy. Chyba nikt nie zaprzeczy, że ciężko spotkać się z czymś podobnym w późniejszej ceramice.



Pozostawiam Was więc z królem Minosem, a ja chwilowo przenoszę się kilkanaście wieków później, do rycerskiej i jakże dworskiej kultury wczesnego średniowiecza.

piątek, 4 marca 2011

Kubizm, czyli sześcienna kostka, która nie zawsze jest taka sama.

Zawsze zastanawiałam się cóż czyni jednych artystów bardziej sławnymi i rozpoznawalnymi od drugich. Pisząc to mam głównie na myśli malarzy, którzy dajmy na to żyli w tym samym czasie, często się całkiem dobrze znali, wykreowali wspólnymi siłami i doświadczeniami nowe tendencje i żadnemu z nich nie brakowało niczego w kunszcie i umiejętności operowania pędzlem. Ale nie wszystkim udało odnieść się wielki sukces mimo, że ich dzieła przez wielu znawców mogłyby być uznane za o niebo lepsze od prac ich bardziej sławnych kolegów.

Przyjrzyjmy się bliżej KUBIZMOWI, bo właśnie kierunek ten i jego historia zainspirowała mnie dziś do tych rozważań. Nikt, kto orientuje się cóż ten kierunek oznacza, nie ma wątpliwości, że głównym przedstawicielem jest tutaj znany na całym świecie i rozpoznawalny już przez dzieciaki w podstawówkach wielki Pablo Picasso.Nie chciałabym, żeby zabrzmiało to jednak ironicznie czy może sarkastycznie. Bowiem bez wątpienia był to wielki człowiek - artysta, którego życie i twórczość w ogromnym stopniu przyczyniła się do rozwoju sztuki XX wieku. Natomiast szkoda mi, że drugie wielkie nazwisko ściśle związane z kubizmem, czyli Georges Braque, jest tak słabo znane. Śmiem twierdzić, że chwilami jest on dla mnie ciekawszą postacią, czy raczej jego twórczość w większym stopniu do mnie przemawia. Ale to oczywiście bardzo subiektywna opinia, a każdy z nas może mieć swój własny gust i swoje własne zdanie. Ja tego nie neguję, tylko może raczej apeluję, chociaż sama nie wiem do kogo. Doprawdy, niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego tak właśnie jest? Skąd faworyzacja? Skąd przewaga jednych nad drugimi? Czyżby to było związane tylko i wyłącznie z naszymi upodobaniami estetycznymi? Ciężko mi w to uwierzyć, bardzo. Ale taka historia, taka kolejność, tacy ludzie i taki właśnie los.

Na koniec prezentuję wam dwa dzieła obu kubistycznych mistrzów byście sami mogli zastanowić się nad fenomenem i wyższością jednego nad drugim. Reasumując, jednak muszę napomnieć, że mimo wszystko kierunek ten nie potrafi mnie zachwycić i sprawić, żebym z otwartymi ustami wpatrywała się w jeden obraz przez dłuższy czas (jak to niekiedy bywa). Niestety to jednak nie to.

Braque - Portugalczyk


 Picasso - Dziewczyna z mandoliną