wtorek, 10 lipca 2012

"Nawet artysta przeżywa ciężkie chwile, kiedy widzi rozebraną kobietę"

...czyli wszystko się zmienia od męskiego punktu widzenia!

Powracam tutaj. Niepewnie lecz z pełną satysfakcją. Chociaż początkowo blog ten w głównej mierze służyć miał jako pośrednia pomoc w nauce do matury z historii sztuki, tak teraz sądzę, że może jeszcze bardziej zyskać na wadze i znaczeniu i być otwartym nie tylko dla mnie. W końcu mam w sobie teraz tyle inspiracji, że potrzebują dawać jej upust nie tylko w formie taneczno-wirującej. Nie jestem pewna czy to wpływ upalnej pogody zmusza mnie do chowania się nie tylko pod dachem ale również w samej sobie, co raczej bardziej otwiera mnie niż zamyka. Bez wątpienia jednak zaglądanie w głąb siebie pozwala więcej widzieć i czuć.

Myślałam o temacie przewodnim na miły początek miłej reaktywacji.
Długo jednak czekać nie musiałam, bodziec sam do mnie przyszedł. Będzie nim dziś krótkie rozważanie na temat jednego z najbardziej słynnych obrazów nie tylko hiszpańskich, ale ogólnie europejskich. Któż bowiem nie zna wielkiego Goyi i jego ubranej i rozebranej Mai? Zainspirowałam się napomnieniem o tym właśnie dziele w książce którą obecnie wałkuję głównie podczas podróży, małych i dużych. "Hiszpański smyczek" Andromedy Romano-Lax obfituje bowiem w najróżniejsze refleksje oscylujące wokół szeroko pojętego tematu rzeka, czyli sztuki. Muzyka przelewa się przez najróżniejsze zagadnienia definiując życie jako sztukę samą w sobie. Nie o książce chciałam jednak tutaj pisać... (zbyt łatwo jest mi zboczyć z zamierzonego tematu...).

Rozbawiło mnie bardzo trafne spostrzeżenie, które wysnuł pewien bohater powieści jakoby twarz modelki na obu obrazach znacznie się różniła a jako główny powód podaje fakt, że modelka jest naga a chcąc nie chcąc twórcą obrazu jest mężczyzna... Przyjrzyjmy się zatem lepiej dwóm dziełom.





Bez wątpienia twarz modelki, którą prawdopodobnie była księżna Alby, Marii Teresy Cayetany (ciekawostka, że książka "Hiszpański smyczek" uważa to za pewnik), jest znacznie wyraźniejsza, malowana z większym pietyzmem i dokładnością. Chociaż ciało jest pięknie podkreślone modnym strojem to jednak wyraźne rumieńce i ciemne oczy przyciągają wzrok oglądającego. "Maja ubrana" zdecydowanie kusi wzrokiem. A co z naszą nagą modelką? Twarz wydaje się o wiele mniej kształtną, śmiem twierdzić iż jest płaska i pożółkła, nasz wzrok zatem przede wszystkim wędruje na ciało modelki, które bez wątpienia góruje nad całością obrazu. Nagi tors księżnej odbija jasne światło a sama kusząca poza sprawia, że nie sposób nie zatrzymać na niej dłużej swojego wzroku.

Czy więc można zgodzić się z autorką, która pisze: "Nawet artysta przeżywa ciężkie chwile, kiedy widzi rozebraną kobietę"?


Nie chciałabym, żeby zabrzmiało to szowinistycznie tudzież niesprawiedliwe, aczkolwiek faktycznie może coś w tym jest. Zabawne, że nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na tak znaczną różnicę w przedstawieniu twarzy. Może to znak, że też mam w sobie nazbyt dużo testosteronu...? A może po prostu mimo, że jestem kobietą, odczułam zbyt dużą dawkę empatii i zrozumienia względem zamiarów malarza. A może to tylko przypadek, chwila, impresja, że twarz nagiej kobiety jest tak niedbała i nie ma sensu się nad tym rozwodzić.
Nie mniej jednak... pozostawiam Was z chwilą refleksji.

***
Na koniec hiszpańsko-językowa ciekawostka, bo nie byłabym sobą, gdybym o niej nie wspomniała.

Polski tytuł obrazu "Maja ubrana" / "Maja naga" nie do końca oznacza to samo co jego oryginalna wersja, czyli "La maia desnuda". Bowiem hiszpańskim odpowiednikiem imienia Maja wcale nie jest... Maja. Słowo majo/maja tłumaczyć można jako ładny/przystojny/sympatyczny, kolokwialnie fajny. W tym przypadku odpowiednim tłumaczeniem byłaby po prostu ślicznotka. Znalazłam informację iż słowem maja określa się również piękną młodą kobietę, modnie ubraną, pochodzącą najczęściej z nizin społecznych. Taaaaak, zatem ślicznotka tudzież "polska super laska" wydaje się brzmieć odpowiednio...
Słówko majá, z kochanym akcentem, oznacza zaś typ niejadowitego węża o żółtawym kolorze. Hmmm...
Zainteresował mnie także sam czasownik MAJAR który oznacza tyle co kruszyć, tłoczyć, miażdżyć i więcej ma on wspólnego z tłuczkiem niż imieniem Maja. Skąd więc u nas takie tłumaczenie? Tak, uwielbiam to. Jako przyszły, niedoszły tłumacz, uwielbiam.

Bez sarkazmu, czekając na kolejne przypływy inspiracji,
pozdrawiam!

Maille
...na którą można dziś wołać maja !

8 komentarzy:

  1. dziecko idź pobiegaj za piłką, a nie siedzisz przy kompie i o sztuce rozprawiasz. są wakacje!

    Agatusz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agatusz-Stępniusz-Bystrusz-Okulusz... Ty to mnie potrafisz sprowadzić na Ziemię. ;*

      Usuń
  2. Ale sobie posłodziłaś w tym ostatnim zdaniu haha ;d Już byś chciała!
    A co do tematu przewodniego - to na pewno nie jest przypadek ;) popieram autorkę ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mniema, że to Lonia i jej charakterystyczne uwielbienie do mej osoby + ;d którego nikt inny nie robi! ;* W sumie ja widząc nagą kobietę chyba też nie patrzyłabym zbyt wnikliwie na jej twarz... *.*

      Usuń
  3. To po kolei:
    Jako przedstawiciel płci męskiej zgadzam się z tezą postawioną przez autorkę książki, to zupełnie naturalne, i nie znam nikogo obdarzonego tak silną wolną, by zwalczyć jeden z najpotężniejszych (bo i najważniejszych) instynktów.
    Z "młodą kobietą, modnie ubraną, pochodzącą najczęściej z nizin społecznych" bardziej kojarzy mi się określenie "blachara", ale być można zbyt mocno sugeruję się ostatnią częścią. No i ta nieszczęsna moda... ale to dla mnie zupełna abstrakcja. Nigdy jej nie rozumiałem, i chyba już się to nie zmieni.
    A uwielbienie doskonale rozumiem, mam to samo z angielskim ;) (Choć w życiu nie chciałbym być tłumaczem, wolę tłumaczyć dla przyjemności, zrobienie z tego obowiązku skutecznie obrzydziło by mi całą sprawę.)
    No i pisz, pisz, będę miał co czytać wcinając obiad po pracy, bo póki co mam z tym problem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło wiedzieć, że ktoś to czytał jedząc obiad! Bowiem czynność jedzenia jest jedną z najprzyjemniejszych (jak nie najbardziej przyjemną) funkcją życiową człowieka. Na samą myśl zgłodniałam, mimo że przed chwilą wcisnęłam w siebie dwa talerze ryżu... ale nie o tym tu.
      Nie dłużej jak dzień temu, kolega studiujący historię sztuki upierał się, że owa maia to nic innego jak kobieta lekkich obyczajów, więc w takim przypadku, Twoja "blachara" jest jeszcze bardziej odpowiednim tłumaczeniem niż moja "ślicznotka". Nie mniej jednak ciało ma smaczne, a co do mody... cóż, myślę, że każdy poniekąd się nią interesuje, nawet jak myśli, że jest mu obojętna. Bo chcąc nie chcą, zawsze będzie wywierała jakieś określone emocje, nie ważne czy pozytywne czy negatywne, działa trochę jak sztuka, co jednak sztuką ją na pewno nie czyni. Hmmm... może to nawet dobry temat na kolejny wpis, przemyślę i dziękuję za nową inspirację, życząc smacznego już na zaś ;)

      PS, Też mam frajdę w tłumaczeniu! A jeśli jeszcze miałoby mi to przynieść jakieś zyski... czemu nie! Lepszej przyszłości póki co dla siebie nie widzę XD

      Usuń
    2. W sumie teraz to można powiedzieć, że piszesz do kotleta (i to nawet dosłownie, bo akurat dzisiaj schabowy) ;) A znam różne inne funkcje życiowe przyjemniejsze od jedzenia (chyba, że wliczamy w to jedzenie po spliff'ie, wtedy tylko jedną), dla mnie to raczej obowiązek.
      Hmm, wydaje mi się, że owszem, ubiór wywołuje jakieś emocje, ale raczej wynikają one z osobistego poczucia estetyki, a nie kwestii mody samej w sobie, bo ta przecież nie ogranicza się do stroju.

      Jeśli Cię to nie zniechęci to tym lepiej dla Ciebie, ja mam tak w kwestii muzyki, ale budowanie na tym przyszłości to raczej kiepska opcja.

      Usuń
  4. zapomniałam Ci napisać! jest taka książka jak "Maja" Gaardera i ona jest związana z tym obrazem. warto przeczytać, choć to bardziej literatura młodzieżowa to bardziej jest o filozofii. w ogóle gdzie Ty się podziałaś na wakacje? ;-) cisza.

    OdpowiedzUsuń